Dzięki współpracy polsko-włoskiej, akt lokacyjny Uniejowa z 1283 r., który nie przetrwał do naszych czasów, zyskał drugie, symboliczne życie. Włoski artysta Pablo Masci ze stowarzyszenia Infioritalia, podczas wizyty delegacji z Włoch, podjął się wyzwania i ukończył przepisywanie uniejowskiego aktu lokacyjnego w formie kaligrafii, odtwarzając tekst w języku starołacińskim. Korzystając z okazji, odbyliśmy z nim rozmowę o magii rzemiosła, ukrytych emocjach dawnych skrybów i jego wrażeniach z pobytu w Polsce.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z kaligrafią?
Zawsze kochałem pisać, ale moje pierwsze kroki były naturalnym następstwem dorastania w artystycznym domu. Mój ojciec był malarzem – tworzył w oleju i akrylu. Jako dziecko pomagałem mu w rysowaniu i malowaniu; można powiedzieć, że zacząłem tworzyć przez zabawę. I choć moja zawodowa ścieżka potoczyła się później zupełnie inaczej, pasja do literatury pozostała we mnie na zawsze. Co więcej, zawsze miałem słabość do słowa napisanego pięknie. Nie znosiłem maszyn do pisania (komputerów wtedy jeszcze nie było). Mając zaledwie 11 lat, zacząłem ręcznie przepisywać książki. Odkryłem, że kiedy piszę wolniej i staranniej, czuję się pewniej. Taki rytm dawał mi czas na głębsze zrozumienie tekstu i refleksję. Kiedy pisałem szybko, pismo stawało się brzydkie, a myśli – powierzchowne.
Kiedy zrozumiałeś, że masz do tego szczególny dar?
Nie nazwałbym tego darem, a raczej dziełem przypadku. Każdy z nas ma rzeczy, które wychodzą mu lepiej, i takie, w których radzi sobie gorzej. To nie kwestia wrodzonego talentu, ale pasji i wewnętrznej potrzeby.
Czy kaligrafia to Twoje jedyne zajęcie, czy na co dzień robisz coś innego?
Moje życie kręci się wokół wielu różnych form ekspresji, ale wszystkie mieszczą się w szeroko pojętym świecie sztuki. Maluję obrazy, piszę, tworzę murale, a także dywany kwiatowe (infiorate).
W świecie, w którym wszystko zostało zdigitalizowane, Twoja pasja wydaje się zawodem elitarnym, wręcz rzadkością. Jak postrzegasz swoją rolę?
Pociąga mnie wszystko, co wychodzi spod ludzkiej ręki i rodzi się z duszy. Dziś, kiedy piszę na papierze i tworzę manuskrypty, ogromną przyjemność sprawia mi świadomość, że dany tekst będzie istniał tylko w jednym, niepowtarzalnym egzemplarzu. Podobnie jest z dywanami kwiatowymi – to ulotna sztuka, która wymaga ogromnych nakładów czasu i pracy, ale to właśnie nadaje jej wartość.

Pracowałeś nad uniejowskim aktem lokacyjnym, dokumentem o dużym znaczeniu dla lokalnej społeczności. Jakie to uczucie obcować z taką historią?
To było niezwykle poruszające doświadczenie. Już pierwszy akapit tego tekstu wywołał we mnie falę emocji. Mówi on o tym, że dzieła rąk ludzkich rozwijają się w czasie, ale też z biegiem czasu bezpowrotnie niszczeją – chyba że zostaną utrwalone pismem. To piękna, uniwersalna myśl. Aby wiernie odtworzyć dukt pisma dawnego skryby, musiałem nauczyć się poruszać ręką dokładnie tak jak on. To niesamowite uczucie: naśladować ruchy człowieka, który żył wieki przede mną, a którego tożsamości przecież nie znam.
A jak wyglądało to od strony technicznej? Czy potrzebowałeś jakichś specjalistycznych narzędzi?
Pewnie profesjonalny rzemieślnik i badacz użyłby całej gamy specjalistycznych przyborów. Ja podszedłem do tego inaczej – moimi głównymi narzędziami były czas i dusza. Użyłem tradycyjnego włoskiego papieru i zwykłego atramentu. Nie zdecydowałem się na pergamin, ponieważ wymagałoby to znacznie więcej czasu, którego nie miałem. Jeśli jednak będę miał jeszcze okazję pracować nad podobnym projektem, chciałbym przygotować się do tego od podstaw – sięgnąć po skórę cielęcą i materiały, jakich używano w średniowieczu.
Co było dla Ciebie największym wyzwaniem podczas tej pracy? Przepisywałeś tekst w końcu w średniowiecznej łacinie.
Największą trudność sprawiły mi średniowieczne abrewiatury, czyli skróty stosowane przez dawnych skrybów. Rozszyfrowanie słów, których nie znałem, wymagało skupienia. Wyzwaniem było również odpowiednie rozplanowanie przestrzeni na stronie. Starałem się wiernie odwzorować układ oryginału – wyliczyć, ile słów zmieści się w jednej linijce i jakiej powinny być wielkości. Trzeba pamiętać, że w średniowieczu skóra była znacznie droższa niż atrament, więc skrybowie musieli gospodarować miejscem niezwykle oszczędnie.
Ile czasu zajęło Ci przepisanie tego tekstu?
Wszystko zależy od indywidualnych umiejętności i wprawy, ale praca nad nim zajęła mi kilka tygodni, przy założeniu, że pisałem po 7-8 godzin dziennie.
Jednym z najbardziej poruszających i niespodziewanych momentów było samo zakończenie pracy. Wtedy to ks. Infułat Andrzej oraz burmistrz Józef Kaczmarek postawili na dokumencie dwie ostatnie litery. Dzięki temu prostemu gestowi oni również stali się nierozerwalną częścią tej historii. To dowód na to, że poprzez pisanie historia staje się żywa.

Jesteś po raz pierwszy w Uniejowie i zarazem w Polsce. Jakie wspomnienia zabierzesz ze sobą do Włoch?
Zabieram wspomnienia bardzo namacalne – wyborne jedzenie! Ale jeśli mówimy o sferze duchowej, to przede wszystkim gościnność i dobroć, jakich tutaj doświadczyłem. Samo otoczenie również jest zachwycające. Tutejszy park, wszechobecna zieleń – to wszystko ma w sobie jakiś starodawny klimat, jakby czas się zatrzymał.
Wiedząc, czym zajmujesz się na co dzień, co mógłbyś poradzić młodym ludziom, którzy spędzają długie godziny przed ekranami smartfonów, aby zachęcić ich do sztuk pięknych?
Nie urodziliśmy się z jedną ręką stworzoną tylko do obsługi telefonu. Mamy dwie ręce po to, by chwytać świat, dotykać go i doświadczać go wszystkimi zmysłami. Życzę młodym ludziom, aby spróbowali odnaleźć radość i satysfakcję w tworzeniu rzeczy własnymi rękami. Praca manualna daje wyjątkowe poczucie sprawczości, którego nie zastąpi żaden ekran.
Dziękujemy bardzo za rozmowę.
A.Ow.