Ojciec Stan Fortuna – charyzmatyczny zakonnik i muzyk z nowojorskiego Bronxu – wystąpił z koncertem w Uniejowie. Tuż przed wydarzeniem udało nam się zamienić z nim kilka słów o wierze, muzyce i czerpaniu szczęścia z każdej chwili.
Jak to się stało, że Nowojorczyk z Bronxu trafił do Uniejowa, by zagrać tu koncert? Czy miał Ojciec okazję odwiedzić naszą gminę wcześniej, czy stoi za tym inny powód?
O. Stan Fortuna: Po raz pierwszy przyjechałem do Polski 2 kwietnia 2005 roku – praktycznie na kilka godzin przed śmiercią Jana Pawła II. Wyjechałem z Nowego Jorku 1 kwietnia, miałem przesiadkę w Monachium i 2 kwietnia dotarłem do Krakowa. Prosto z lotniska pojechaliśmy z moimi przyjaciółmi na mszę do Łagiewnik, a gdy wieczorem dotarliśmy do hotelu, usłyszeliśmy dzwon ogłaszający odejście Papieża. Ponieważ niezwykle ceniłem postać Jana Pawła II, podjąłem wtedy decyzję, że odtąd co roku będę przyjeżdżał do Polski. Jak dotąd udaje mi się to postanowienie realizować – bywa nawet, że bywam tu dwa lub trzy razy w roku.
Znam w Polsce wiele osób, głównie ze środowiska muzycznego, ponieważ sam jestem muzykiem. Mój przyjaciel, Marcin Pospieszalski, przy okazji moich wizyt i obchodów Dni Papieskich organizuje dla mnie występy w różnych zakątkach kraju. Tym razem zapytał, czy podczas obecnej podróży chciałbym zagrać koncert również tutaj, w Uniejowie. Z radością się zgodziłem.
Życie Ojca jest niezwykłe i pełne kontrastów. Rysowała się przed Ojcem obiecująca kariera muzyka jazzowego, z której nagle Ojciec zrezygnował, przywdziewając habit i podejmując służbę w Bronxie. Jazz kojarzy się z kulturą wysoką, życie zakonne opiera się na regule i posłuszeństwie, z kolei hip-hop czy rap to kultura ulicy, przypisywana ludziom zbuntowanym, często z trudną przeszłością. Jak udało się Ojcu połączyć te tak odmienne światy?
O. S.F.: Dość łatwo. Jedną z myśli papieża Wojtyły było to, że: „Gdy Kościół oddala się od kultury, milknie też Ewangelia ”. Ewangelia musi być przedstawiana w sposób przystępny, zrozumiały dla ludzi, a zwłaszcza dla młodych. Nie jest to kwestia metodologii – owszem, są tu pewne jej elementy, ale to kwestia drugorzędna. Najważniejsza jest autentyczność. Taki właśnie był Jan Paweł II – autentyczny, był po prostu sobą. Papież Wojtyła miał tradycyjne podejście, był posłuszny kościołowi, ale jednocześnie był niezwykle otwarty w kwestii prawdziwej wolności. Mówił: „Prawda was wyzwoli” – ale tylko prawda autentyczna, pełna miłości. W przeciwnym razie można tylko ranić i siać zniszczenie.
Most, który pozwolił mi połączyć te różne światy, nie pochodzi ode mnie. Ja byłem tylko narzędziem. Jak Abraham – po prostu całkowicie poddałem się woli Boga, a On działał. Choć nie zawsze tak było, bo przez wiele lat walczyłem z Bogiem. Ale walka z Bogiem to najlepsze, co możemy zrobić. Kiedy przegrywasz w walce z Bogiem, tak naprawdę uczysz się, jak wygrywać. To brzmi irracjonalnie i nielogicznie, ale Bóg kocha te obszary, które uważamy za niemożliwe. Tak samo kiedyś wydawało się niemożliwe, by Polak został papieżem – a dziś uważany jest za jednego z największych papieży w historii Kościoła. Jego nauka nieustannie pomagała mi w budowaniu tego międzykulturowego mostu.
Przez wiele lat posługiwał Ojciec w Bronxie. Czego ta wymagająca praca nauczyła Ojca o ludziach?
O.S.F: Tego, że człowiek nigdy nie wie wystarczająco dużo i zawsze może nauczyć się więcej. Każdy dzień jest nową przygodą, a każdy moment – nową szansą.
Jest Ojciec dowodem na to, że muzyka stanowi potężne narzędzie komunikacji i budowania więzi międzyludzkich. W Uniejowie działa Uniejowska Grupa Wokalna, która ma na swoim koncie liczne osiągnięcia i prężnie się rozwija. Co według Ojca może zrobić młody wykonawca, by wyjść poza samo techniczne śpiewanie i potrafić dzielić się z drugim człowiekiem emocjami, własną historią i duszą?
O.S.F: Szlifuj swój warsztat i ucz się więcej każdego dnia, nie spoczywaj na laurach. Bądź zawsze gotowy, by się rozwijać. Sama dbałość o warsztat i stała gotowość stają się formą modlitwy – nawet jeśli w danym momencie się nie modlisz. I przede wszystkim: musisz ufać.
Podczas dzisiejszego koncertu w Uniejowie – co chciałby Ojciec przekazać mieszkańcom i gościom poprzez swoją muzykę?
O.S.F: Przede wszystkim chcę dziękować Bogu oraz wyrazić moją wielką miłość i wdzięczność wobec Papieża Polaka.
Nazwisko Ojca brzmi z polska. Czy ma Ojciec jakieś polskie korzenie?
O.S.F: Nie mam polskich korzeni i nie jest to pseudonim artystyczny. To moje rodowe nazwisko.
Ojca nazwisko w języku polskim oznacza dosłownie „szczęście” lub „powodzenie”. Czy uważa się Ojciec za szczęściarza?
O.S.F: Jeden z moich mentorów – niezwykle święty człowiek – jako pierwszy zwrócił mi uwagę na znaczenie mojego nazwiska. Powiedział, że w biblijnym sensie „fortuna” to umiejętność pełnego wykorzystania każdej chwili.
Gdy przyjechałem do Polski kilka dni temu, dopadła mnie infekcja gardła. Nie mogłem nawet mówić, a w perspektywie miałem przecież koncert. Jeden z moich przyjaciół benedyktynów powiedział mi wtedy, że jedyne, co muszę, to pić sok z cytryn. Nie mówił o pierogach czy gołąbkach, ale po prostu o lemoniadzie! Dziś znów mogę śpiewać i to jest dla mnie ogromna radość.
Odpowiadając na pytanie: najważniejsze to umieć uczynić z każdego momentu pełnię – to właśnie czyni człowieka naprawdę szczęśliwym. I w tym sensie czuję się bardzo szczęśliwym człowiekiem.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
A.Ow.